Dotknąć Andy

W piosence „Las dos puntas” (więcej o tym w poprzednim poście) poganiacz mułów  przeprawia się przez Andy. Jego droga zaczyna się w Cuyo w Argentynie, a kończy po drugiej stronie gór w Chile. Najsławniejszym przekroczeniem tych gór, bardzo liczebnym, trudnym, a opracowanym do perfekcji, było tak zwane Cruce de los Andes i miało miejsce na przełomie stycznia i lutego w 1817 roku. Po dwóch latach organizacji ponad dziesięciotysięcznego Wojska Andyjskiego argentyński bohater walk o niepodległość – José de San Martín – przekroczył razem ze swoim wojskiem Andy, w zaledwie 20 dni! A przecież uczestnicy tej wyprawy to była armia wraz z całym uposażeniem; żołnierze, wozy, broń, a nawet przenośny szpital. Pomimo zmagań z bardzo niskimi temperaturami, z chorobą wysokościową, z brakami w zaopatrzeniu, znaczna część wojska przedostała się na drugą stronę gór, gdzie następnie zwycięski San Martín wyzwoliwszy Chile spod panowania hiszpańskiego, zorganizował również flotę, razem z którą ruszył na wyzwolenie Peru. Na lądzie czy na wodzie, San Martín  to prawdziwy tamtejszy bohater, o którym przypomina niejeden dumny pomnik (przedstawiający go oczywiście na koniu) w Południowej Ameryce.

fot. Cabalgatas Gaucho Argentino

San Martín to ucieleśnienie zachwytu nad człowiekiem, wynoszenia na piedestały w duchu narodowym, zupełnie inaczej się Argentyńczycy zapatrują na swój monumentalizm objawiający się w naturze, jak na Aconcaguę, najwyższy szczyt andyjski:

„Naraz uprzytomniłem sobie – co by się działo z Polakami… gdyby w Polsce coś takiego było do obejrzenia. Wzruszenie. Duma. Szczęście. Religijne skupienie. Prawdopodobnie ktoś by westchnął i może nawet ktoś by zaszlochał. Ale w każdym razie patrzono by na to, jak na coś swojego, coś co jest „nasze”, polskość tego widoku byłaby największą okrasą. Ktoś by powiedział może: – Ha, gdzie to w świecie szukać góry, jak ta, nasza… Tutaj nic podobnego. Nikomu chyba do głowy nie przychodzi, że ten drugi z kolei szczyt świata jest argentyński. Patrzą jak na górę… i kwita. […] Nacjonalizm tutejszy nieraz osiąga groteskowe formy, ale ogranicza się do dziedziny politycznej – a w życiu codziennym, w obcowaniu z przyrodą, uczucie argentyńskie jest dalekosiężne i ma oddech tych gór, które ogromem swoim rozwalają granice państwa i stają się własnością Ameryki.”

I dalej Gombrowicz:

 […] natura jest inna w Polsce, a inna tutaj. W Polsce jest jak pokojowy piesek, oswojona i pieszczotliwa […] Tutaj jest dziko, trudno i monumentalnie. Nie można się pieścić. Prawie nie można się zbliżyć. Człowiek osobno, a natura osobno. […] wszystkie przepaści, oglądane z trwogą przeze mnie w ciągu życia, zamieniają się w poczciwe dołki w porównaniu z tym, co teraz wyłania mi się tuż pod bokiem, o cal za kołem samochodu – co już prawie nie jest przepaścią a przestrzenią, staczającą się w dół zawrotnie, nieomal z krzykiem, i tak karkołomną, że szyja ci tężeje a serce dobiera się do gardła. […] Pustka i cisza. Świeżość niesamowita czegoś na zawsze odosobnionego. I ten ruch zastygły. Góry zawsze są zastygłym ruchem. […] Zadziwiające uczucie głębokiego, poufnego szczęścia. Oto one. Serce gór! Oto ona – Aconcagua, jakby utopiona wśród szczytów. Uczucie dziwne, męczące, niezrozumiałe i wręcz niepojęte […] Ale, jak się okazuje, w ciągu tych dni dręczyła mnie w sekrecie obecność gór utajonych… i może już od dawna, od wielu lat, chciałem dotrzeć do tego miejsca Ameryki, a tylko zapomniałem, nie zdawałem sobie sprawy…. I nagle – stało się, nareszcie, oto one i można je dosięgnąć je spojrzeniem, jak ręką…”

Te same góry majaczą w tle wszelkich winnic położonych w Mendozie, i są one tam, w tle, każdy już zaakceptował ten charakterystyczny, podręcznikowy obrazek związany z argentyńskim winem. Jednak ich obecność „dręczy”, powinna dręczyć nieustannie. Ogromny, monumentalny zastygły ruch, nie wieków a tysiącleci. Widok odbierający dech w piersiach, słowa w ustach, jak to tylko najokrutniej natura potrafi uczynić człowiekowi. Gdzie indziej takie góry odbijają się w kieliszku wina…? O nich nie wolno zapominać.

Mendoza, Andy w tle

Jeżeli ktoś by chciał zaznać tego trudnego do zrozumienia szczęścia, dosięgnąć tych gór wzrokiem, zachęcam – jeszcze lepiej niż Gombrowicz samochodem, jeszcze lepiej niż poganiacz mułów piechotą – wybrać się tam konno. Jak gaucho, jak Argentyńczycy. Jak San Martín! Zobaczyć „te perspektywy” z perspektywy siodła: „Ach, te perspektywy… Ileż razy porównywałem pod tym względem Polskę z Argentyną. Tutaj wzrok wybiega jak pocisk, na południu Ziemia Ognista, na wschód Afryka, Europa, na północy Stany… Argentyna zawieruszona tak niepozornie gdzieś w kącie mapy jest rzeczywistości wystawiona na najdalsze wiatry, stąd widzi się więcej świata niż z Anglii.”

Może zamiast do Anglii, w nowym roku do Argentyny? Dotknąć Andy ręką, nogą, spojrzeniem, doświadczeniem… zobaczyć „więcej świata”… Zbliża się najlepszy czas do przeprawy przez kordylierę andyjską, o czym wiedział też San Martín, który swoją wyprawę rozpoczął 17 stycznia. Andyjskie przeprawy organizuje nasz zaprzyjaźniony gaucho Dario, którego niektórzy może mieli okazję poznać w czerwcu w Stajni Chojnów.

Zdjęcia z różnych przepraw na Facebooku:

1. album

2. album

3. album

4. album

Oczywiście Dario nie chce Was zaciągnąć w szeregi żadnego wojska, armat za sobą ciągnąć nie trzeba, ale na pewno nie jest to wyprawa dla tych, którzy lubią – jak Gombrowicz – „dzikości i pierwotność z komfortowym dojazdem”, ale jak głoszą słowa piosenki „Las dos puntas”, nie można zapominać, że nawet najtrudniejsza droga jest zakończona uśmiechem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>